Anna Jurasz: W naszym narodzie jest bardzo silna potrzeba mówienia ludziom, jak ma wyglądać ich dom

Anna Jurasz:

W naszym narodzie jest bardzo silna potrzeba mówienia ludziom, jak ma wyglądać ich dom 

Autor: Aleksandra Koperda
Zdjęcia: Michał Lichtański
Data: 18.04.2026

Na stronie internetowej swojego biura przywołuje słowa Waltera Gropiusa: „Mój ulubiony kolor to różnobarwny”, o suficie mówi, że jest piątą ścianą – nie musi być biały i nijaki i to właśnie kolor odgrywa ważną rolę w tworzonych przez nią projektach wnętrz. Nie inaczej jest w jej domowej przestrzeni w krakowskim Podgórzu. Odwiedzamy architektkę Annę Jurasz prowadzącą Stellar Studio. 

Od kiedy tu mieszkasz?

Zanim zamieszkałam tu, jakieś pięć lat temu, wynajmowałam mieszkania. Trafiłam na tę dzielnicę, bo już mniej więcej od pięciu lat pracowałam z wnętrzami w okolicznych kamienicach. Wcześniej mieszkałam przy tej samej ulicy, a kiedy była możliwość kupić tu swoje mieszkanie, zdecydowałam, że chcę tu zostać. Po wielu przeprowadzkach bardzo chciałam mieć już swoje miejsce. 

Czy wprowadziłaś jakieś zmiany w układzie funkcjonalnym?

To niewielkie, południowe wnętrze ze skosem, ale zależało mi, żeby zmieścić tu i sofę, i łóżko. Projektując przestrzeń dla siebie, byłam oczywiście zajęta projektami dla klientów, rozrysowałam więc na szybko kilka mebli, które stolarz wykonał na zamówienie. Ale byłam na tyle zadowolona, że do dziś nic nie zmieniłam. To miejsce, w którym odpoczywam, moja norka. Uwielbiam to, że jest w tej lokalizacji i że we wnętrzu wszystko jest tu kompaktowe. Ktoś kiedyś powiedział, że to mieszkanie jest trochę jak pokój hotelowy. I to mi pasuje. Mam wszystko na swoim miejscu.

 

Jak się tu urządziłaś?

Lubię ciemne wnętrza, potrzebuję wrażenia przytulności. Tu mam burgundowe ściany. Płaskorzeźby na ścianie z sofą wykonała moja przyjaciółka Martyna Krawczyk-Kawiorska. Zawisł tu też obraz Kasi Kotnowskiej. Jest tu sporo sztukaterii, które są przeze mnie często używane w projektach wnętrz. Lubię, gdy mam okazję kupować lub zdobywać przedmioty z historią. Na skosie zawisła lampa, której podczas remontu pozbywał się Hotel Forest w Przegorzałach. Lampa w przedpokoju to znaleziona perełka vintage. Łóżko od części dziennej oddziela ażurowy regał. Zaplanowałam w nim kilka szuflad i sporo przegródek. Jest kilka drobiazgów, które lubię: figurki kotów czy wazon z polskiej huty. Przeprowadzałam się tyle razy i dopiero w tej przestrzeni mam możliwość wszystko wyeksponować, ale też nie jest to składowisko mnóstwa rzeczy. 

 

Zawodowo zajmujesz się projektowaniem wnętrz, studiowałaś jednak architekturę. Kiedy poczułaś, że projektowanie kubatury nie jest dla ciebie?

Początkowo pracowałam u dewelopera. Już na studiach na krakowskiej Politechnice czułam, że architektura nie będzie dla mnie. Nie poszłam pracować do biura architektonicznego, głównie dlatego, że moja rodzina prowadziła taki biznes i wychowałam się przy nim od dziecka. W wakacje jeszcze na studiach trochę pomagałam w biurze. Jednego lata stwierdziłam, że wolę zostać w Krakowie i tak trafiłam do firmy deweloperskiej.
Zajmowałam się analizami działek i projektowaniem w wymiarze wnętrzarsko-koordynacyjnym. Jednocześnie, po godzinach zaczęłam projektować wnętrza. Niemal nie miałam wtedy życia osobistego. Po pewnym czasie postanowiłam odejść i otworzyć swoje biuro. 

 

Pamiętasz swój pierwszy projekt?

Tak, to był apartament na Kazimierzu, tworzony dla pary z Australii. Wnętrze zrobione pod klucz, razem z moim ówczesnym partnerem, który jest wykonawcą. Właściciele mieli sporą kolekcję sztuki, którą musiałam wyeksponować na ścianach. Włożyłam w ten projekt bardzo dużo serca i pracy i dalej wszystko poszło naturalnie. To był mniej więcej 2017 rok.

Dziś mam osoby, którym czasem zlecam pewne rzeczy, w przeszłości zatrudniałam pracowników, ale nie planuję rozwijać biura w ten sposób, żeby było większe. Raczej precyzyjniejsze. Nie chodzi o „spokojne życie” w potocznym sensie, a bardziej o kontrolę nad jakością i kierunkiem. O to, żeby nie rozmywać odpowiedzialności. Pracując w mniejszym, bardziej autorskim modelu, jestem bliżej decyzji, bliżej klienta i bliżej samego projektu – a to w mojej pracy ma realną wartość. Starałam się wyspecjalizować w określonym obszarze i świadomie dobrać skalę działania. W zależności od ilości pracy deleguję konkretne zadania, jak rysunki wykonawcze, ale trzon – koncepcja, narracja, kluczowe decyzje – zostaje po mojej stronie. Finalnie nie buduję bezosobowego „biura”, tylko język. A język, żeby był wyrazisty, nie może być tłumaczony przez zbyt wiele osób.

Dziś projektujesz prywatne przestrzenie, ale i wnętrza komercyjne, jak bary. 

Na początku zajmowałam się wnętrzami prywatnymi, ale zaczęły się pojawiać propozycje projektowania knajp. Pierwszy projekt gastronomiczny bar Targowa2 pojawił się trochę jako efekt naturalnego ciągu zdarzeń. Z jednym z inwestorów znałam się prywatnie, dla drugiego wcześniej projektowałam mieszkanie w starej kamienicy (projekt trafił do publikacji drukowanej), więc zaufanie było już zbudowane. W pewnym momencie padło pytanie, czy chcę wejść w coś nowego i tak zaczęła się ta historia.

To był 2022 rok i projekt, w którym bardziej niż „projektowanie od zera” liczyło się czytanie tego, co już istnieje. Surowa tkanka miejsca, ślady dawnej funkcji fabryki, proporcje, które same narzucały rytm. Nie interesowało mnie wygładzenie tej przestrzeni, tylko jej podbicie wydobycie napięcia między industrialnym rodowodem a miękką, nocną atmosferą, która pojawia się tam po zmroku. Wszystkie decyzje były bardzo świadome, momentami wręcz oszczędne, bo to nie forma miała dominować, tylko klimat.

Projekty komercyjne i prywatne to zupełnie różne zlecenia. W projektowaniu mieszkania, przestrzeń musi być stworzona dla konkretnej osoby, chcemy, żeby czuła się w swoim wnętrzu jak najlepiej. W prywatnych przestrzeniach nie może być za dużo ciebie, a w projektowaniu komercyjnym po to klient cię zatrudnia, by było właśnie charakterystycznie i po twojemu, dlatego pewnie, jeśli chodzi o kreatywność, ciekawiej projektować te drugie. Wtedy nie ma zbyt odważnych rozwiązań. Mój sposób projektowania jest raczej maksymalistyczny, dużo w nim koloru, wzorów, rzeźbiarskich elementów. Zawsze mi się podobała taka stylistyka i koniec. Ale nie było łatwo, bo gdy zaczynałam pracę, królował styl loftowy.

 

Jak wyglądał twój pokój, gdy dorastałaś?

Tato się śmieje, że zawsze marudziłam, że coś jest nie tak. Kiedy miałam 12 lat, przeprowadziliśmy się z bloku do domu. Od małego miałam wtłoczone, że trzeba kupować porządne rzeczy, że najlepsze są naturalne materiały. Mój żółto-zielony pokój był typowym pokojem z dzisiejszych memów. Takie były wtedy trendy. Pamiętam, że dużo w nim przestawiałam. Salon też był żółty, sypialnia łososiowa. Do dziś jest też jedna żółta łazienka. Moja mama znalazła zdjęcie w gazecie „Cztery Kąty” i chciała, żeby podłoga była czerwona, a ściana żółta, ale mój wujek architekt się wtrącił i stwierdził, że lepsze na podłodze będą płytki beżowe. Ta łazienka za każdym razem przypomina mi o tym, że kiedy ma się jakiś pomysł, to trzeba w to iść, a nie rezygnować w pół drogi. To jest coś, co widzę w swojej pracy. Ludzie, którzy do mnie przychodzą, chcieliby odważnie, ale szwagier, teściowa, mąż, wszyscy mówią, że może lepiej zrobić „spokojniejszą i bezpieczną” bazę. W naszym narodzie jest bardzo silna potrzeba mówienia ludziom, jak ma wyglądać ich dom i najczęściej kończy się na stylu bez wyrazu.