Zuza Morawska:
Lubię wyzwania i trudne przestrzenie
Dziś wpadamy do warszawskiego mieszkania projektantki wnętrz Zuzy Morawskiej. Zuza pod marką Metraż Studio najczęściej projektuje wnętrza prywatne, ale i sporo lokali użytkowych, w tym restauracji. Od niedawna przy Nabielaka 8 prowadzi też kreatywną przestrzeń NAB Space. Natomiast jej osobista przestrzeń to mieszkanie w bloku z lat 80. – wnętrze pełne mebli i oświetlenia z drugiej ręki.
Jesteśmy w twoim mieszkaniu na Sadybie. Jak długo tu żyjesz i jak tu trafiłaś?
Mieszkam tutaj już z 12 lat, więc naprawdę bardzo długo. Zamieszkałam w tym miejscu na studiach razem z siostrą. Wtedy były tu dwa osobne pokoje i kuchnia, teraz postanowiłam trochę je połączyć i otworzyć. Dawne wejście do sypialni zostawiłam, w razie gdybym ja lub ktoś inny miał chęć przywrócić poprzedni układ (ciągle liczę na duże mieszkanie w kamienicy – ale wiemy, jak jest!), tymczasem zyskałam zakamarek na dodatkowe meble i graty, a to zawsze przydatne. Mieszkanie ma 38 m2. Jest małe, ale przytulne. Lubię tę przestrzeń. Do tego mam całkiem spory ogród.

Czy to twoje pierwsze warszawskie mieszkanie?
Tak. Kilka razy miałam w planach wymianę, ale jak wiadomo, rynek nieruchomości jest trudny – a nowe budownictwo zupełnie mnie nie interesuje. Zapuściłam tu korzenie. Okolica jest cicha i spokojna, budynki oddalone od siebie, dużo zieleni, która niemal „wchodzi” do środka. W mieszkaniu jest domowo, wszystko jest już nieco stare. Poza wycięciem ścianki GK między pokojami i zmianą koloru ścian z ciemnozielonych niewiele zmieniłam tu od początku. Kiedy się tu wprowadziłam, drewniana kuchnia już istniała. Żeby zwiększyć powierzchnię blatu roboczego i dodać przestrzeni, zlikwidowałam wysoką lodówkę i usunęłam górne szafki na rzecz półki (podczas montażu której trafiłam wiertarką na stary przewód w ścianie). Surowy tynk po kuciu i naprawie instalacji zostawiłam na pamiątkę „spontanicznie wykonanych szybkich pomysłów projektowych w środku pandemii”.
Całe to wnętrze to wynik małych przeróbek i akceptacji tego, co jest. Jest wnęka w ścianie – zasłoniłam ją, zyskując spiżarnię. Podłoga też została, jaka była – nie podoba mi się, tak jak szafy, ale uważam, że nie ma sensu wymieniać czegoś na siłę, skoro dobrze działa.
W ten sposób myślę też o projektach tworzonych dla innych. Kiedy kupujemy mieszkanie z rynku wtórnego i jest w nim duża szafa, która niekoniecznie nam się podoba, możemy – nie generując wydatków i nie kupując kolejnych przedmiotów – ograć ją kolorami, dizajnem wokół, przemalować czy po prostu zakryć zasłoną.
Masz wyjątkowy talent do znajdowania dobrych projektów za małe pieniądze.
Wyposażenie tego wnętrza, to zbieranina rzeczy vintage, najczęściej kupionych w internecie. Czasami trafiają tu przedmioty zakupione do sesji zdjęciowych projektowanych przeze mnie wnętrz. Mam tu masę skrytek, żeby pochować dużą ilość tkanin, znajdowanych głównie w second handach, które może kiedyś przydadzą mi się do stylizacji sesji. Jest też sporo próbek materiałów. Kawałków kamieni używam jako podkładek np. pod mydło. Komplet skórzanych krzeseł stojących przy stole kupiłam za 200 zł. Jechałam po nie z tatą na Mazury do pani, która miała je po dziadku artyście pracującym w telewizji – wyrzucała całą jego pracownię! Odkupiłam też kilka jego płócien, żeby nie szły na spalenie. Dla niej były bezwartościowe. Taborety stalowe Magisa ktoś wystawił na OLX jako „stołki warsztatowe” za 100 zł.








Jakie przedmioty lubisz? Co przemawia do ciebie estetycznie?
Rzeczy neutralne kolorystycznie. To na pewno. Wszystko jest tutaj jasne. To parterowe mieszkanie z północno-wschodnią ekspozycją, więc jest tu dość ciemno. Mam tu sporo przedmiotów od Sasa do Lasa. Nowoczesny wazon z IKEA i stary kryształ po babci, coś stalowego, coś pluszowego, więc jedna paleta kolorystyczna pozwala funkcjonować temu razem. To mieszkanie się zmieniało: po latach wiesz, co cię drażni, a co ci pasuje. Wcześniej dużo pracowałam z domu i potrzebowałam w miarę stonowanej przestrzeni. Kiedy wokół mam za dużo kolorów i bodźców, zbyt mocno mnie to rozprasza. Najlepiej pracuje mi się wieczorami, kiedy jest cisza i spokój. Miękkie boczne światło. Mam tu sporo różnego rodzaju lamp i lampeczek. W tej niewielkiej przestrzeni jest ich z dziesięć. Prawie tyle samo jest krzeseł!
Zawodowo zajmujesz się projektowaniem. Od niedawna prowadzisz też NAB Space. Co to za koncept?
Projektuję od dziesięciu lat. Pracować na własną rękę zaczynałam w pandemii. Potrzebowałam wtedy trochę zorganizować i ulepszyć domową przestrzeń. Po jakimś czasie przyszedł jednak pomysł na dodatkowe miejsce. Miałam już trochę dosyć pracy z domu, brakowało mi kontaktu z ludźmi, small talku przy kawie. Moja znajoma zwalniała ciekawą przestrzeń, więc ją po niej przejęłam. To spore, parterowe wnętrze z dużą ilością światła – przeciwieństwo mojego mieszkania. Tam pracuję za dnia, przechowuję też meble, które może kiedyś trafią do moich klientów. W NAB mam kolejne 15 krzeseł!
Praca projektanta to w dużej mierze samotna praca. By nie skończyć z brakiem inspiracji, czy depresją – potrzebujemy ludzi. Pracowanie po kilka godzin dziennie w kawiarniach jest dla mnie mało komfortowe, stąd potrzeba tworzenia czegoś swojego. W NAB dołączyły do mnie dwie inne projektantki, żadna z nas nie jest szefem, co jest bardzo komfortowe. Możemy zderzyć swoje wizje projektowe, doradzać sobie czy wspierać. Dobrze się dogadujemy. Co jakiś czas organizujemy też różnego rodzaju wydarzenia, warsztaty czy wystawy, udostępniamy też przestrzeń na sesje zdjęciowe. Jest tam piękne światło!
Projektujesz i wnętrza prywatne, i komercyjne. Co lubisz bardziej?
Projekt prywatnego wnętrza jest dużo bardziej wymagający, bo najczęściej zakup mieszkania to zakup na lata, a remont robimy raz na długi czas. Inwestor dziesięć razy zastanowi się, czy na pewno ten kolor fugi, farby czy płytki wybrać. Kiedy projekty wloką się zbyt długo, tracisz zapał, a wprowadzając milionową poprawkę, często zupełnie wychodzisz poza pierwotny zamysł. Większość projektantów się z tym zmaga. Trzeba mieć bardzo dużo cierpliwości. Balansuję pomiędzy tymi dwoma typami projektów. Te długodystansowe mieszam z szybkimi koncepcjami czy konsultacjami. Jestem dobra w szybkich projektach. Lubię spontaniczne decyzje, podyktowane albo kwestią finansową, albo presją czasu, ograniczenia, niskie budżety czy krótki czas na realizację. Lubię wyzwania i trudne przestrzenie.
To chyba nietypowe podejście?
Kiedy wszystkiego masz pod dostatkiem, nie wiesz, co masz wybrać. Opcji jest za dużo. Dlatego robię tak dużo gastronomii! Najczęściej przy otwieraniu lokali użytkowych sporo płaci się za czynsz, więc chce się szybko otworzyć. Wchodzę i widzę już, jak coś ma wyglądać. Nie muszę modelować, rozrysowywać, sprawdzać na wizualizacji. Wielu projektantów ma podejście: trzeba wrzucić bombę i wszystko zacząć od nowa, często też sami muszą wymodelować, sprawdzić zestawienia materiałów – ja mam dobrą wyobraźnię.
Oczywiście układ funkcjonalny i porządnie wykonane instalacje to podstawa – ale często też jeśli baza jest OK – działam z tym, co jest. Staram się minimalizować przeróbki – coś zasłonię, przemaluję. Czego nie da się ukryć – wyeksponuję i przerobię w atut. Jasne, świetne są projekty, w których wszystko od podłogi po uchwyt meblowy jest zaprojektowane do konkretnego wnętrza – sama też bardzo takie doceniam – ale nie każdy dysponuje milionowym budżetem. Z drugiej strony tego typu podejście sprawia, że cały czas produkowane są nowe i nowe przedmioty. A to nie jest zero waste. Chciałabym, by moja praca minimalizowała straty i przynosiła coś dobrego dla otoczenia.





